strona główna
O gazecie
Kontakt
blog
Gazeta Szkolna Aktualności
pakiet codziennych informacji pomocnych w pracy nauczyciela
blog


czwartek, 20.10.2011

Nastał zatem koniec roku szkolnego, a wraz z nim koniec szkolnej kariery moje jedynaka. Tak, tak, mam jednego syna, którego bardzo kocham, któremu nieba bym przychyliła, ale za którego życia nie przeżyję, nawet jeśli bardzo bym chciała. A nie chcę. Każdy swoje życie przeżyć musi sam i od pewnego momentu na własny rachunek. Ten fakt, niby oczywisty, uświadomił mi i mojemu synowi pewien bardzo mądry Pedagog szkolny. Znów ta Wielka litera. To nie literówka. Mądry Pedagog w Szkole zwanej KĄT nazwał po imieniu sprawy, których my, Matki dorastających synów i córek, po imieniu nazwać nie umiemy, a często nie chcemy. Dziecko to człowiek, najpierw mały, więc ma prawa i obowiązki małego człowieka, potem większy i większy i większy, a prawa i obowiązki rosną wraz z nim, przy czym obowiązki rosną nieproporcjonalnie szybciej niż prawa. W tym samym czasie naszym dzieciom bardzo pogarszają się wzrok, słuch i pamięć. I w ogóle robią się dziwnie nieporadne. No bo szkołę to mój Jedynak chciałby zmienić, ale najlepiej, gdyby mama poszła i porozmawiała, a jak się zgodzą, to On do tej Szkoły będzie chodzić. I tu znów powrócę do mądrego pana Pedagoga, który słusznie zwrócił uwagę, że Szkoła nie jest po to, żeby do niej chodzić. Na chodzenie do szkoły szkoda czasu i butów. Do Szkoły trzeba przychodzić. W Szkole trzeba się uczyć. Szkołę trzeba szanować.
Zauważyłam właśnie, że pomyliłam kolejność zapisu, a jest ona tu bardzo ważna. Powinno być: .  Szkołę trzeba szanować. W Szkole trzeba się uczyć. Do Szkoły trzeba przychodzić.
Szkoła to takie miejsce, gdzie młody jest Człowiekiem, nie uczniem. Gdzie są Pedagodzy, Wychowawcy, Edukatorzy, Reedukatorzy i wiele innych Osób, bez których nie byłoby Szkoły. A Ona musi być.     
Szkoła uczy i wychowuje. To już ją wyróżnia. Szkoła kształci charaktery. A najważniejsze – szkoła szanuje Człowieka.
I znów niewłaściwa kolejność, ale teraz pewnie wiedzą już Państwo jaka powinna być właściwa.
W związku z tym, że mój najważniejszy Człowiek bardzo chciał zostać Człowiekiem Szkoły, musiał wykonać pierwszy poważny samodzielny krok – zawarł ze Szkołą umowę, że będzie prawowitym członkiem Szkolnej (to znów ta Wielka, to nie pomyłka) społeczności ze wszystkimi prawami i obowiązkami.
W szczegóły kontraktu wdawać się nie będę, chroni go przecież tajemnica handlowa, dość powiedzieć, że Szkołę moje dziecko polubiło aż za bardzo. A za bardzo nie można. Szkoła (jak również szkoła) to miejsce o ściśle określonym zadaniu.
I jako Szkoła (w przeciwieństwie do szkół) doskonale ze swych obowiązków wywiązuje się.
Gorzej było z moim synem, ale o tym już Państwo wiecie.
Do zobaczenia  



wtorek, 18.10.2011

Mój syn aniołkiem nie jest, bo jest człowiekiem, a człowiekowi lat naście do nieba nie po drodze. Nie po drodze mu też czasami do szkoły, szczególnie szkoły takiej jak LO. Bo LO to szkoła, której nie powinno być. Szkoła powinna być dla ludzi, a nie dla uczniów, a LO i jej podobne są tylko dla uczniów, no i nauczycieli. Uczeń to jednostka rozliczeniowa, która gwarantuje konkretny wpływ gotówki do kasy szkoły. Im więcej jednostek na liście, tym większy wpływ do kasy. Ważne jest zatem, aby jednostek jak najwięcej do szkoły zapisać i cieszyć się z dobrze wykonanego obowiązku. Miałam się szybko przekonać na skórze mojego syna, że LO to taki worek na odpadki, do którego można wrzucić wszystkie, byle jak najwięcej. Bo LO przyjmowało wszystkich uczniów, którzy nie dostali się gdzieś indziej. Do tego worka wpadł również mój syn, ku mojemu zdumieniu, bo poziom jego zaawansowanie edukacyjnego klasyfikował go najwyżej do technikum i to nie najlepszego. Technicznie rzecz ujmując też nie powinno być go w tej szkole, bo nawet dokumentów na czas nie złożył. Zapomniał i wyjechał na wakacje. Jako dobra mama pobiegłam do szkoły, gdzie okazało się, że przekroczenie terminu nie jest problemem. Problemem nie było też to, że świadectwo mojego syna tylko w dwóch miejscach miało inny wpis niż dopuszczającym nie wspomnę o nagannym z zachowania. O przyjęciu zadecydowała wysoka punktacja z testów gimnazjalnych. W ten sposób mój syn oficjalnie został uczniem LO, wpisana go na oficjalną listę uczniów, lista powędrował do WE, a kasa na konto szkoły. A że zrobił się już koniec września, przyszedł czas na zebranie wychowawczyni z rodzicami oraz ustawowe dobrowolne wpłaty na różne szkolne cele. Szkolne, bo szkoła narzucała na co i ile dobrowolnie rodzice muszą zapłacić. Oczywiście dobrowolnie można było odmówić, ale....
Odmówiłam zapłaty za korzystanie z dziennika elektronicznego, bo wiedziałam, że nie będę z niego korzystać. Ja rozmawiam z moim dzieckiem, jak chcę wiedzieć, czy był w szkole to go pytam, a on mi odpowiada zgodnie z prawdą, bo nie ma powodu, żeby mnie okłamywać. Jak chcę wiedzieć, jaką dostał ocenę, to robie to samo. Nie potrzebuję codziennego podglądu dziennika, żeby wiedzieć co dzieje sie w szkole. Pani wychowawczyni bardzo nie podobało się moje wyłamanie ze schematu i nie potrafiła tego ukryć. Następna kwestia - ubezpieczenie. Każda szkoła, która korzysta z dziennika elektronicznego firmy LIBRUS, może otrzymać w pakiecie, za wpłatę znacznie niższą niż standardowa stawka, ubezpieczenie dla wszystkich uczniów. Za dziennik firmy LIBRUS zapłacić dobrowolnie trzeba, no i dobrowolnie za ubezpieczenie u pani "Frani", bo LO zawsze ubezpiecza uczniów u pani "Frani", a skoro płacą rodzice, to po co skorzystać z atrakcyjniejszej oferty? Tego też nie chciałam zapłacić i nie zapłaciłam, bo tak naprawdę, to jeśli dziecko ma indywidualna polisę na życie, to szkolne ubezpieczenie jest wyrzucaniem pieniędzy w błoto, ale tego przecież pani wychowawczyni nie powie, bo pewnie nawet nie wie, nie musi. Kilka jeszcze kwiatków zakwitło na tym zebraniu, a ja wyszłam z niego jako czarna owca. Tak więc LO miało nowy kłopot - Matkę z roszczeniami. Oczywiście, rodzice z roszczeniami są w każdej szkole, ale lepiej, żeby ich nie było. Żeby nie robić problemów sobie i LO, często tam nie bywałam, właściwie poza jeszcze jednym przypadkiem, to już ani razu. Mój syn bywał tam również coraz rzadziej, ale o dziwo, nie wywoływało to specjalnej reakcji ze strony LO. Nie byłam wzywane do wychowawczyni, do dyrekcji i co najbardziej mnie zdziwiło, nie zainteresowała się sytuacją szkolna pedagog. Doszło do tego, że po konsultacji z psycholog z Przychodni Pedagogiczno-Psychologicznej, do której zgłosiliśmy sie sami, mój syn przestał pojawiać się w LO. Ta sytuacje również nie wywołałam jakiegokolwiek ruchu ze strony szkolnej pedagog. Po konsultacji ze wspomniana wcześniej bardzo rozsądną Panią psycholog, zgodziłam się, aby syn przeniósł się do KATa. Szybko pożałowałam tej decyzji. Pierwsza wizyta w siedzibie KĄTa mogła być ostatnią, ale skoro powiedziałam a musiałam spróbować powiedzieć b. Nie było to takie łatwe.

Młodzieżowy Ośrodek Socjoterapii "KĄT" (a w nim działające LXXXV Liceum Ogólnokształcące oraz Gimnazjum nr 138) istnieje od 1992 roku i jest przeznaczony dla młodzieży sprawnej intelektualnie, rokującej nadzieję na ukończenie gimnazjum, liceum i ewentualnie skuteczne podjęcie studiów wyższych. Młodzieży nie mieszczącej się jednak - ze względów emocjonalnych - w standardowych, masowych szkołach średnich. Większość naszych wychowanków to młodzi ludzie wyróżniający się nadmierną, nie tolerowaną we wspomnianych szkołach pobudliwością, choć zdarzają się także podopieczni wycofani, u których kontakt z tradycyjnym systemem oświatowym spowodował fobię szkolną lub podobne - głębsze bądź płytsze - urazy o podłożu psychologicznym. Nie unikamy także pracy z młodzieżą zagrożoną alkoholizmem, narkomanią (choć nie z czynnymi narkomanami, tych odsyłamy do wyspecjalizowanych placówek), z młodzieżą należącą do różnych subkultur (za wyjątkiem agresywnymi skrajnymi narodowcami-skinami oraz gangstersko-złodziejskimi dresowcami), mającą kłopoty z identyfikacją własnej płci, z niepełnoletnimi matkami...
więcej informacji na
www.moskat.pl

Jeśli myślą Państwo, że do tej szkoły można dostać się ot tak, to są Państwo w wielkim błędzie. Wielu by chciało, niewielu jest dane, a jeszcze mnie może w niej zostać na stałe. O czym, jak wspomniałam na początku, przekonał się mój syn. Ale o tym, to już następnym razem.




poniedziałek, 17.10.2011

Witam, nazywam się ... no właśnie, jak nazywa się matka nastolatka?! mama, matka? pewnie nie. Nie mam pojęcia! nie wiem jak mój syn mówi o mnie, kiedy jest wśród kolegów. Czy ktoś z Państwa wie jak teraz dzieci mówią o rodzicach?
Umówmy się zatem, że jestem Matką. Nazywam się Matka. Mój syn niedawno skończył 18 lat. Bardzo czekał na ten dzień, bo prawo jazdy, bo dowód, niedługo wybory i wszystkie inne przyjemności życia stają przed nim otworem. Hulaj dusza, piekła nie ma. Tak mogłoby się wydawać.
Szybko jednak pojawiła się pierwsza rysa na tej pięknej, wspaniałej dorosłości.
18 urodziny mojego syna zbiegły się w czasie z końcem roku szkolnego, więc jego Szkoła grzecznie acz stanowczo wytłumaczyła mu, że skoro nie chce, to chodzić do niej nie musi Już nie musi, bo zgodnie z obowiązującym w naszym kraju prawem, to czego młody człowiek najbardziej nie lubi - mus, kończy się w tym wymarzonym dniu z cyferkami 1 i 8 na torcie. Na pewno zwrócili Państwo uwagę, że słowo Szkoła napisałam wielką literą. Tak, mój syn chodził przez ostatnich kilka miesięcy do szkoły przez duże S.
Niewielu z Państwa zgodzi się ze mną i już widzę Państwa zdumione miny, ale proszę dać mi szansę na przedstawienie argumentów.
Jest w warszawskim Aninie (to taka piękna, stara warszawska dzielnica willowa na prawym brzegu Wisły) taki KĄT, w którym uczy się młodzież, która chce się uczyć, w której nauczają nauczyciele, którzy chcą nauczać i nauczyć.
Kiedy mój syn - uczeń I klasy LO, dwa tygodnie po rozpoczęciu roku szkolnego, zapytał czy może zmienić szkołę i przenieść się do KĄTa, spytałam dlaczego? "Bo to fajna szkoła." - krótko i na temat. Równie krótko odpowiedziałam "Nie." Temat jednak nie umarł śmiercią naturalną. Kilka dni później usłyszałam od syna dziwną historyjkę, która niestety okazała się być prawdziwą. Pani dyrektor wspomnianego wcześniej LO zapytała wprost mojego syna, czy zamierza przenieść się do KĄTa, jak jego najlepszy przyjaciel? Na jego odpowiedź nie, pani dyrektor nie zareagowała zbyt radośnie, czego nawet nie potrafiła ukryć. W tym miejscu muszę cofnąć się o 3 tygodnie do dnia 31 sierpnia, który to dzień, jak wszyscy wiemy, poprzedza bezpośrednio pierwszy dzień szkoły, a w przypadku mojego syna, pierwszy dzień nowej szkoły. W ten to ostatni dzień sierpnia syn mój kochany wrócił do domu wyjątkowo wcześnie i ze słodką minką zapytał, czy ogolę mu głowę? na łyso, dodał. Popatrzyłam na niego, znacząco postukałam się w czoło i chciałam temat zakończyć, bo fryzurę nosił zazwyczaj krótką i nie wymagała specjalnych zabiegów w związku z początkiem szkoły. Syn trochę nalegał, potem nalegał mocniej, a ja próbowałam wytłumaczyć mu dwa powody, dla których nie powinien realizować swojego pomysłu. Po pierwsze ładnie mu z takiej fryzurze, jaką ma. Po drugie - jeśli pójdzie w nowej "fryzurze" do nowej szkoły, może to zostać źle przyjęte. No i niestety ten ostatni argument został zinterpretowany zupełnie inaczej niż wynikało z moich intencji. Pominę szczegóły ostatniego wieczoru wakacji, skupię się na pierwszym dniu szkoły. Mój syn, jako ten, który zawsze ma blisko do szkoły, wpadł do niej minutę po pierwszym dzwonku. Wpadł ma tu jeszcze jedno zastosowanie - wpadł od razu w objęcia Pani dyrektor, która przypłaciła to prawie życiem. Do zawału serca na prawdę było blisko, ale nie z powodu impetu z jakim wpadł na nią mój syn, Powód znajdował się na głowie mojego dziecka, a właściwie to jego brak. Moje dziecko, które od kilku miesięcy hodowało na głowie dredy, dalej miało je na głowie - 5 strąków na potylicy, i tylko tyle. Reszta czaszki świeciła pięknie wypolerowaną łysiną.
Wróćmy znów do przerwanej historii i pytania Pani dyrektor na temat zmiany szkoły. Pewnie gdyby pytanie nie było przepojone sugestię, że najlepiej byłoby gdyby zmienił szkołę, za kilka dni mojego syna nie byłoby już w LO. Jednak, jak przystoi na nastolatka, mój syn nie był skory robić uprzejmości pani dyrektor. Wprost przeciwnie - postanowił, że zostanie w LO. No i został jeszcze kilka miesięcy, ale nikomu na dobre to nie wyszło. A co z tego wyszło, napiszę niedługo.

 
strona głównaO gazecieKontaktblog